Serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Więcej informacji na tej stronie    Zamknij to powiadomienie
 
Fotografowanie aparatami tradycyjnymiStrona główna - aparaty tradycyjnePoradnik fotoamatoraForum fotograficzneGaleria zdjęćRecenzje sprzętu fotograficznegoGiełda fotograficznaFoto pojedynekFelietonSerwisy sprzętu fotograficznegoLista użytkownikówKontakt
Zarejestruj »   Zaloguj »     

Felieton


Wernisaż fotografii Dominika
implicite, utworzony: 27 dni temu (2017-03-30 11:57:23)

Zapowiadało się niewąskie wydarzenie artystyczno-towarzyskie, gdzie – jak to często bywa w takich przypadkach – umiejętność udatnego balansowania pomiędzy sztuką a sztuką towarzyskiej konwersacji uczestnicy definiować będą na miejscu. Dominik już od tygodni był jakby nieobecny, na zaczepki odpowiadał półsłówkami, a niebacznie zaproszony na piwo, albo – nie daj Boże – na wspólny plener, odpowiadał, że „ciemnia”, że „lit”, że „oprawianie” czy inne „terminy”. Wyobraźnia podsuwała posępne obrazy Dominika trącego w półmroku zmęczone oczy i zasypiającego nad wypełnioną barytowymi skarbami wanną. Wlewającego przez pomyłkę do kuwety czeskie piwo zamiast wywoływacza i plamiącego utrwalaczem zrobione wcześniej pranie. Co się zresztą naprawdę w tym czasie działo w Dominikowej łazience to wie chyba tylko on i jego żona, a może nawet ona nie wie? Nie są to dociekania, które byłyby zbyt bezpieczne dla autora niniejszego tekstu, niewykluczone, że i dla Dominika również, więc je czem prędzej porzucam. Dość, że po wielu tygodniach wytężonej pracy znaczonej wykluczeniem społecznym, a kto wie czy i nie napadami depresji tudzież próbami samobójczymi, Dominik objawił wtajemniczonym kolekcję swoich "zlitowanych" barytów domkniętą w zgrabną postać wystawy artystycznej. Wernisaż odbył się wiadomego dnia w wiadomym miejscu, czyli w kawiarni o dźwięcznej nazwie „Do widzenia, do jutra” na Saskiej Kępie w Warszawie.

Kogoż na nim nie było! I choć wymienienie znajomych z imienia i z nazwiska kusi grzeszną łatwością, popełniłbym faux pas, a może i grubą niezręczność, gdybym najpierw skupił się na aspekcie towarzyskim, miast artystycznym. W końcu nikt nie przyszedł tam, żeby spotkać starych druhów i napić darmowego wina, ale żeby podziwiać prace Dominika. A przynajmniej nikt się do tego nie przyzna. Zacznijmy tedy od tego, co było przynajmniej w teorii najważniejsze, czyli od przygotowanych przez artystę dzieł.

    „Fotografia nie bezcelowa. Nie jest to temat na- , tylko temat sam w sobie. Trochę dla siebie, czekający na kolejną interpretację. Labirynt miejski, a przynajmniej taki, do którego człowiek przyłożył rękę. Spojrzenie czy podglądanie z ciekawości, jak to właściwie wszystko wygląda, czy intryguje, czy bawi czy wpędza w jakieś chmurne myśli. Technika litowa nakłada na to wszystko maskę lekkiego absurdu i trochę zagania widza w poczucie lekkiego odrealnienia obrazu. Tak to miało być, ktoś będzie znudzony, ktoś zamyślony, ale nikt na nikogo nie będzie krzyczał” – napisał Dominik w manifeście towarzyszącym wystawie. Nie sposób go było przeoczyć, ponieważ wisiał tuż przy schodach prowadzących na pięterko, gdzie znajdowała się większość Dominikowych prac. Chyba, że ktoś się bardzo spieszył na wernisaż, to wtedy mógł – choć i wtedy powinien się w końcu natknąć na niego, na przykład opuszczając wernisaż.

    Z tezą, że nie jest to fotografia bezcelowa polemizować nie będę. Wypada po prostu zawierzyć Dominikowi, że stworzył swoje prace w sposób intencjonalny, bo to myślący chłopak i z pewnością wiedział, co robi i po co robi. Najbardziej zaintrygowało mnie zdanie, z którego dowiedziałem się, że podglądanie rzeczywistości może sprowadzać na człowieka chmurne myśli. Właściwie to wiedziałem to już od kilkunastu przynajmniej lat, sam bowiem jestem ofiarą takich myśli, ale sam sobie przez te kilkanaście lat nie wyłożyłem tego w sposób równie klarowny. Kradnę tedy tę myśl i od tej pory bezczelnie będę przypisywał sobie jej autorstwo. Jako rekompensatę za te kilkanaście lat wątpienia.

    I nie, nie pozwolę sobie, żeby coś nawet równie szlachetnego, jak lit, nałożyło na me wątpienia „maskę absurdu”. Wątpienie to zbyt poważna sprawa, żeby maskować je absurdem. Już bardziej gotów jestem oddać cześć i rację Czesławowi Miłoszowi, który ongiś pisał: „Czy mogłem się spodziewać, że po tylu latach życia obudzę się w nocy i będę myślał: o, jakie dziwne, jakie dziwne. Jakie dziwne i śmieszne. Jakie śmieszne i dziwne” (cytuję z pamięci, więc równie dobrze mógł opisywać piękno krajobrazu Wilna, a ja sobie to wymyśliłem). I teraz sobie pomyślałem, że może niesprawiedliwy jest zarzut mój, bo wątpienie, dostatecznie intensywne, zawsze odsłoni absurd świata. I rozpędzi chmurne myśli śmiechem gromkim jak huk z armaty, który rozpędza stado kruków, wron i innego czarno-pierzastego okropieństwa.

    Jeżeli jednak Dominik traktuje swoje litowe prace jako maski nakładane na rzeczywistość, to wypada to uszanować. Nie wiemy, co pod nimi skrywa – może faktycznie jakieś okropieństwa? Rzeczywistość po maską zawsze bywa bardziej przerażająca, niż nam się zdaje i prawie nigdy nie spotyka nas rozczarowanie. Oglądaliście serię horrorów „Krzyk”? Maska seryjnego zabójcy, jakkolwiek upiorna, w żadnym z odcinków nie przerażała równie mocno, co twarz zdemaskowanego na koniec potwora. Właśnie dlatego, że była całkiem zwyczajna i nie do odróżnienia od twarzy innych osób, w tym jego ofiar. Podobnie jest z rzeczywistością. Nakładamy na nią przerażające maski, żeby w ten sposób oswoić jej potworność, uczynić ją umowną.

    Czy właśnie w ten sposób Dominik oswaja świat? Stara się za pomocą masek uczynić go mniej potwornym? Zapytam przy najbliższej okazji.
    Same prace były ładne, takie retro – co jest chyba wystarczającą recenzją i zachętą do odwiedzenia wystawy. Wiele z nich znałem już z internetu, choć nie wszystkie wszystkie w postaci litograficznej. Największe wrażenie zrobiły na mnie nocne pejzaże miejskie, do robienia których Dominik jest wprost stworzony. Ciemność redukuje liczbę detali w kadrze, trzeba odpowiednio umieć myśleć „po ciemku”, żeby wiedzieć, które z nich można bez straty dla efektu pominąć, a które powinny znaleźć się tam bezwzględnie. Technika litograficzna czyni takie myślenie jeszcze bardziej napiętym, ponieważ bezlitośnie (by tak rzec) obnaża wszystkie jego mankamenty. Jakoż Dominikowi udało się, choć to jego pierwsza wystawa w tej konwencji artystycznej, wydobyć ze swoich pejzaży to, co istotne, a ukryć lub zgoła pominąć elementy zbędne. Kiedy się patrzy na jego prace widzi się tylko to, co powinno się na nich znaleźć, a to już jest sztuka, a to już jest warsztat, czyli to, bez czego właściwie nie powinno się myśleć o prezentacji swoich prac komuś więcej, niż własnej żonie.

    Wernisaż rzadko jest najlepszym momentem do napawania się dziełami, wiem cośkolwiek o tem, ponieważ wiele lat temu sam pracowałem przy organizacji wystaw, co do dzisiaj wspominam z dumą i sentymentem. To jest czas, żeby przy kieliszku wina rzucić okiem na prace, a potem w podgrupach przeprowadzać warsztaty z obgadywania bliźnich. Cośmy się naplotkowali! Cośmy naobgadywali kolegów z innych podgrup, że o obgadywaniu Dominika nie wspomnę! Najbardziej pikantne anegdoty zachowam w dyskrecji z powodów dość koniunkturalnych (mówiąc wprost, nie chcę, żeby mi ktoś za nie potem nakładł po głowie lub dał w dziób). Powiem tylko, że Darek przyniósł aparat do dokumentowania, ale jakiś dziwny, elektryczny chyba, bo za nic nie dało się nim zrobić zdjęcia. Trzymałem ten aparat na szyi, kiedy Darek wychodził na papierosa, byłem sui generis strażnikiem aparatu, ale strażnikiem aktywnym. Znajdowały się na nim jakieś przyciski, więc je wciskałem z pasją, by później otrzymać burę od Darka, że mu zepsułem kilka zdjęć. Ja?! Zresztą, mogę mu je naprawić, albo gratis wymienić na nowe, jeżeli tylko zdecyduje się znowu oddać aparat w moje delikatne dłonie.

Byłem też świadkiem sceny, w trakcie której Tomek przyjmował od kogoś mało zorientowanego wylewne gratulacje za udaną wystawę. Cóż to za chłopak ten Tomek! Taki grzeczny i kulturalny, z wrodzoną skromnością przyjął gratulacje nie śmiąc grubiańskim sprostowaniem wpędzać gratulanta w nieoczekiwaną konfuzję. Takich chłopaków jak Tomek powinno się stawiać za wzór i zawsze umieszczać w pierwszym rzędzie, żeby młodzież miała z kogo brać przykład. Jako wyraz uznania za swoją postawę, zechciej tedy przyjąć od nas wszystkich kolektywny wyraz uznania zawierający się w staropolskim: O!

    Zdarzyła się też próba dywersji – i kiedy to napisałem to ugryzłem się w klawiaturę uświadamiając sobie, że wszak nikt niczego nie próbował sabotować, owszem, w obywatelskiej trosce niektórzy goście ofiarnie starali się naprawić mankamenty wystawy. Spokojnie, widoczne były tylko dla znawców, jednakże było ich kilku na wernisażu, dlatego ofiarność kolegów była jak najbardziej uzasadniona. Zauważyli bowiem, że – choć przeważały prace umieszczone pionowo, to kilka, zwłaszcza na schodach, wisiało w pozycji poziomej. Ani chybi pomyłka, zapewne pośpiech przy wieszaniu prac spowodował przeoczenie ważkiej tej kwestii natury estetycznej. Koledzy ci (niech będzie z imienia: Piotr i Grzesiek – o czem donoszę ja, wasz Pawko Morozow) zapragnęli przywrócić wystawie zagubioną równowagę i jęli z mozołem przekręcać rzeczone prace do pionu. Niestety, sprawa okazała się beznadziejna, klej trzymał zbyt mocno, prace tedy pozostały w takiej pozycji, w jakiej powiesiła je czyjaś spieszona ręka.
Nie sposób należycie obejrzeć wystawy, kiedy z lewej strony Darek robi ci zdjęcie, z prawej Wojtek uprzejmie pozdrawia ręką, z boku Marta zagaja taktownie, a z przodu stolik z kieliszkami wręcz żąda skupienia na nim uwagi na wyłączność. Dlatego kilka dni później, w towarzystwie przyjaciółki mej Ani, która przyjechała do mnie na weekend z dalekiego Lublina, wybrałem się obejrzeć zdjęcia na spokojnie. Akurat przypadkowo obok przechodził Pietrek, a zaraz później – no co za zbieg okoliczności – pojawił się też i Dominik. Obejrzeliśmy sobie raz jeszcze prace, które w pełni na to zasługiwały, a potem we czwórkę usiedliśmy i zamówiliśmy sobie kawę, ciasteczka i piwo. I tak sobie siedzieliśmy czas jakiś gwarząc leniwie.

    A Pietrek zaprosił mnie do swojej pracowni na warsztaty z litem, ale to już temat na inną gawędę.

Zobacz inne felietony tego autora:

ex cathedra: format
ex cathedra: edit
Fotografia cyfrowa jest fajna
Alfabet ateisty
Felieton performatywny
Odpieprzcie się od Jaskiniara
AT jest sexy
Precedens
Prawdy fotograficzne (i kilka nieprawd)
Marianowce
Yashica FX-3 Super 2000, historia namiętności
Indeks ateistów
Felieton bezpośredni
DAADowce
Kultowe zdjęcia AT I
Pluszowy pingwin
Jak prawidłowo wołać film



Komentarze: schowek cytatów               dodaj komentarz
taeda

Rejestracja: 2628 dni temu
27 dni temu (2017-03-30 14:11:09) |  | 

trochę krytykanctwa:

Jeśli piszemy felieton, to być może przeczyta go ktoś obcy. Czyli ktoś , kto nie wie kim jest Dominik, Piotrek, Józek. Oraz--nie wie gdzie jest ta kawiarnia, a może by poszedł ? Ale nie wie........
Tak więc z danych konkretnych mamy tylko (cyt.) : PAWKO MOROZOW. Niestety---piszemy P A W K A a nie Pawko. To może być błąd celowy==czujność proletariacka.
Ale to nic. Szanowny \"implicite\", słuchajcie no : Pisanie stylem Marcela Prousta jest bardzo kochane, ale nie bierze pod uwagę czasów dzisiejszych, albowiem zdania złożone nie są już zrozumiałe dla otoczenia. Dlaczego ? Bo już \"nie ma Albertyny\". Są za to Maciarszczyki tworzące i rozumiejące tylko takie zdania /z przecinkiem/ :wziełem piwo, ale było , kuźwa, niedobre.
Zdania dłuższe są już niezrozumiałe i na ten fakt zwracam Wam uwagę ale nie wiem po co, bo z tekstu (jako całości) promieniuje radość z dawania do zrozumienia, że oto ja należę do society a wy nie. Wy się bawicie słowem, implicite, a chłopi ciężko pracują .
Reklama:
hagakure

Rejestracja: 1178 dni temu
27 dni temu (2017-03-30 18:11:47) |  | 

litografii.... czy jesteś pewien, że Dominik rył w kamieniu?
li-an

Rejestracja: 87 dni temu
27 dni temu (2017-03-30 21:40:05) |  | 

implicite napisał(a):
Zacznijmy tedy od tego, co było przynajmniej w teorii najważniejsze, czyli od litografii.


Wikipedia napisał(a):
Litografia – technika graficzna zaliczana do druku płaskiego, gdzie rysunek przeznaczony do powielania wykonuje się na kamieniu litograficznym, także odbitki wykonane tą techniką.


a po pewnym czasie...

implicite napisał(a):
Zacznijmy tedy od tego, co było przynajmniej w teorii najważniejsze, czyli od przygotowanych przez artystę dzieł.

Korektę i redakcję tekstu powinno się zrobić przed publikacją...

Komentarz był edytowany 2017-03-30 22:05:03

implicite

Rejestracja: 2814 dni temu
27 dni temu (2017-03-30 22:36:30) |  | 

Panowie macie rację co do litografii, choć w sumie związki Dominika z kamieniem dopiero domagają się zbadania. Porównanie do Prousta pochlebia mi, ale jest niebezpieczne. Niebezpieczne dla mnie, bo upojony porównaniem mogę zacząć szyć serią felietonów równie zgrabnych językowo i błyskotliwych, w dodatku spisanych kosztem ciężko pracujących chłopów tudzież innych grafomanów mających chęci i czas, ale nie mających za grosz talentu. Ja mam wszystko: talent, młodość i urodę, a w dodatku już wiem, czym jest litografia. I tu mi się przypomina owa wypowiedź Foucaulta, który powiadał, że zasiadając do pisania, nigdy nie wie, co napisze. Gdyby wiedział - na cóż miałby cokolwiek pisać? I w tym rzecz: piszemy nie po to, żeby podzielić się z innymi swoją mądrością, ale byśmy sami dzięki napisaniu tekstu mogli stać się mądrzejsi.
li-an

Rejestracja: 87 dni temu
27 dni temu (2017-03-30 23:47:16) |  | 

implicite napisał(a):
Panowie macie rację co do litografii, [-]


i Panie...
theatrePFF

Rejestracja: 654 dni temu
23 dni temu (2017-04-03 14:13:46) |  | 

Jackowi się dostało. Ale śmiało mogę powiedzieć, że jest feministą, a nie szowinistą. A na liciki, a i owszem, jesteśmy umówieni.
GomerPyle
Rejestracja: 613 dni temu
21 dni temu (2017-04-05 11:51:33) |  | 

Ładny komentarz w formie felietonu, dziękuję. Tylko to technika litowa a nie litograficzna. Generalnie slow photography ma przyszłość. Pozwala połączyć chmurne myśli w logiczny ciąg komunikacji z widzem..
implicite

Rejestracja: 2814 dni temu
20 dni temu (2017-04-06 15:38:50) |  | 

Tak, już panowie zdążyli mi to gruntownie wyjaśnić. Co się zaś tyczy slow photography to nie wiem, czy ma przyszłość, oby, ale tendencja jest jednak odwrotna. I to narasta już od starożytności, kiedy Heraklit powiedział, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Innymi słowy, kiedy zwalniasz, nurt rzeki cię wyprzedza, a ty w pewien sposób się cofasz.

Co do mnie, jestem zacofany w wielu aspektach i nie jest mi z tym źle. Już dawno odkryłem przyjemność niespiesznego czytania i równie niespiesznego pisania. Już dawno przestała mnie przerażać pusta, biała kartka, skoro w tym czasie moje myśli mogły swobodnie unosić się ponad nią. Nie chciałbym taniej zabawy słowem, ale wydaje mi się, że wolność tkwi w powolności. W umiejętności wyrwania się z nurtu, który pcha cię nie wiadomo dokąd. Poddanie się nurtowi życia - oto kwintesencja współczesnnej odmiany niewolnictwa.
MartaW

Rejestracja: 3090 dni temu
20 dni temu (2017-04-06 20:39:59) |  | 

No i posprzątane...
Reklama:
CaveCanem

Rejestracja: 631 dni temu
9 dni temu (2017-04-17 19:48:18) |  | 

Tak było:

Obrazek

Zaś Jacek dokumentował jak szalony:

Obrazek


Obrazek
Obrazek

Komentarz był edytowany 2017-04-17 19:49:30