mariusz70
| | 697 dni temu 2010-03-13 18:54:45 | | |  |
Problem jest pozornie śmieszny, ale w ciemności nawet proste czynności mogą urosnąć do rangi problemu... Nigdy nie korzystałem z wynalazków do wyciagania filmu z kasetki. Miałem na to swoje sposoby. Ponieważ obecnie kasetki trudno uznać za rozbieralne, toteż zostaje podważenie pierścienia czymś ostrym. Jasne, że nie jest to przyjemne i trochę ryzykowne przy braku wprawy. Dlatego kiedy miałem świadomość posiadania w aparacie filmu w kasetce "nierozbieralnej", zawsze podczas zwijania powrotnego czekałem do momentu kiedy ustąpi opór i poczuję zejście koncówki ze szpuli odbiorczej. Wówczas mozna już było otworzyć aparat, a na zewnatrz pozostawał kawałek filmu, który i tak został wcześniej zaświetlony podczas zakładania do aparatu. Kiedyś było inaczej. Jak robiło się ładunki z taśmy 17 metrowej, to nawijało się i zamykało błonę w kasetkach rozbieralnych, które robił Foton. Tyle, że czasem były upierdliwe, bo kiedy zatrzaskiwało sie kołnierz wokół pierścienia, to w tym samym czasei wyskakiwał drugi i zaczynał się cyrk... Dlatego z sentymentem wspominam kasetki z filmów ORWO. Miały tylko jeden pierścień z solidnym kołnierzem, który dobrze trzymał po zatrzasnięciu. Drugą zaletą tych kasetek, był solidny filc na wyjściu filmu z kasetki. Nie wycierał się tak szybko jak w polskich, przez co można było taką kasetkę, ponownie ładować do 10 razy nowym filmem po przycięciu, lub tzw. ładunkiem dziennym - był to film 36 klatek na szpuli, w papierze światłoszczelnym. Po umieszczeniu w pustej kasetce i wysunieciu papieru, na zewnątrz, pozostałał odcinek do zaczepienia w aparacie. Brzmi to tylko pozornie przerażąjąco. Po wprawie robiłem to zacienionym miejscu. |
|
|